Sztuka w czasach zarazy

...Myśmy pamiętam, a było to jakieś dziesięć wiosen temu, siedzieli w domostwie naszym zaryglowani i zalęknieni, ale daj Bóg zdrowi. Zdrowi i żywi. 

Żywność nam dostarczano za pomocą drążka. Prócz tego co roznosił strawę, odwiedzał nas jeno grabarz i zawsze z tym samym zapytaniem: "Kogo mam zabrać?". Szczęściem odkrzykiwaliśmy. "Nikogo!" i szedł dziad precz. Alboż to wielka zaraza nie z powodu grzechów naszych nadeszła, uczynków złych, występków? Takie to były czasy! Tych z nas nieboraków, których pomór nie oszczędził wywożono wozami za miasto, na wozach były znaki ostrzegawcze. Chorągwie z czaszkami, drżały na wietrze. Raz tylko widziałam wóz takowy pełen trupów, co im nogi wystawały bezładne, napuchłe, jakieś takie dziwne jakby nieludzkim ciałem wypełnione, a ropuszym, gadzim. Zły to omen, strach mnie dopadał tedy i pomyślałam, że trzeba będzie zdobyć driakiew. Ale nie od aptekarzy, lecz prawdziwą miksturę. Kolejnego dnia przy wieczerzy oznajmiłem, że wyruszam nazajutrz. Białogłowa się wściekła. "Czyś ty głupi! Czy ty chcesz na nas karę boską sprowadzić, tę zarazę u licha jeszcze tu przywleczesz i tyle będzie z tego żywota naszego, amen!". One już baby tak mają, że ryzyka nie ścierpią, to się nie przejąłem biadoleniem. Dziadki natomiast te najmniejsze nic nie zrozumiały i albo w śmiech albo w płacz, rumor się zrobił jeszcze większy, jeno najstarsza córa zaklaskała z zachwytu i czy ona by ze mną nie mogła. Od razu żem powetował, a ta w klęczki zaczyna błagać. "Ojczulku ja z tobą. Ja proszę, ja ci pomogę". "A idź mi stąd, a poszła, bo jak nie pójdzie to kija użyje, spiorę po dupie!". Odwróciła się nadąsana i tyle żem ją widział. Ach, gdybym ja wtedy wiedział, gdybym wiedział...

Ale nie wiedziałem i zacząłem się pakować. Wątpliwość dopadła mnie dopiero jak trzeba było z domu wyjść, a jeszcze ciemno, kur nie zapiał, a ja już zebrałem się i zatrzasnąwszy furtkę opuściłem domostwo. Szedłem ciemną i pustą ulicą, w prawej kieszeni miałem korzeń arcydzięgla, w lewej czerwony sznur wisielczy farbowany na czerwono, co by mnie uchroniły od złego spojrzenia i pomoru. Droga prosta, ale domy mógłbym przysiąc chyliły się ku sobie, jakby się chciały dotknąć czubkami dachów, powykręcało je jakoś, a patrzyły oknami na mnie jak ślepiami czarta. I tak mi się jakoś nieswojo na duszy zrobiło, że zboczyłem. Kum Mięcimierz mieszkał samotnie. Mosiężna kołatka w kształcie ludzkiej rączki z pierścieniem na palcu serdecznym zastukała za moją sprawą trzykrotnie. Odpowiedział jej ochrypły głos Mięcimierza.

- Czego tutaj?

- To ja, Andrzej.

- A co was tu sprowadza o tak wczesnej porze? I czyś aby zdrowy?

- Zdrowy, chwalmy Pana! Co mnie sprowadza zdradzę jak mnie wpuścisz bracie.

No i wpuścił mnie, a ja wszedłem, zdradziłem.

Wizyta przeciągnęła się do dni kilku i jak na spowiedzi przyznaję, że przyczyna tej rozciągłości mieściła się w okowicie, dwóch gąsiorach i baniaku. Baniaka, żeśmy nie zdołali opróżnić. Mięcimierz odwodził mnie do samiusieńkiego końca. "Nie leź tam, lepiej sobie krwi upuśćcie albo do zakonników, a nie do szeptuchy! Babom, a wiedźmą zwłaszcza nie można ufać, jeszcze cię celowo zarazi albo omami i na służbie u niej zostaniesz", raz poważniał i spluwał przez lewe ramię kum mój, to znów rechotał, ale ja się nie dałem przekonać. Jako żem otrzeźwiał tako żem ruszył ponownie. Było jeszcze czarno na niebie i wielki księżyc wisiał mi nad głową jakiem dotarłem pod las. Poczekałam do jutrzenki. Nie ośmieliłbym się wcześniej. Niejeden widział tu wilkołaki, pająki wielkie na cztery łokcie, diabły powietrzne, strzygi czy inne upiory leśne. Będzimir szwagier mój zaprzysięgał się na własne życie, że uchronił syna swego przed babą jagodową, upiornica chciała mu pacholę wyprowadzić na bagna i utopić. Trzepnął ją w brzuch i w te pędy. Wiedziałem zatem, że las muszę pokonać w dzień. Zajaśniało i się odważyłem. Wielkie konary buków zaszeleściły mi na przywitanie, ucieszyłem się z ich leśnego pomruku. Szedłem dziarsko niestrudzony kilka godzin, aż dopadł mnie głód. Osunąłem się tedy na mech, oparłem o korę dębu, zakąsałem groch ze słoniną, pojadłem pajdą z abuchtem, doprawiłem przyprawą co mi podarował Mięcimierz, jakiści grzybek czy inny cudak, co to jak go dodasz do byle jadła uczyni z niego jaśniepański smakołyk. Jednak jadło w smaku się nie zmieniło, ja zaś popiłem wszystko winem i dopadła mnie senność. A kiedy się zbudziłem ciemniało. Miałem już niewiele czasu. Otrzepałem się więc, sprawdziłem czy wszystko mam przy sobie i w drogę. Szedłbym dalej, ale ukazało mi się dziwo. Aż trudno uwierzyć, ale było tak jak mówię, niczego nie zmyślam. Drzewo niby jak każde inne, ale konar olbrzymi, gruby, siedmiu by go nie objęło, a wysokie na pięćset stóp, najcudaczniejsze były liście hen tam w górze. Atoli zielonych prawie nie widziałem, ale były żółte, różowe, pomarańczowe, złote, srebrne i fioletowe. Zatrzymałem się tedy, patrzę a tam w konarze drzwiczki. Zapukałem bez namysłu, raptem usłyszałem szelest. Malutka istotka chwatko wychynęła ze środka, jakby już na mnie czekała. Niziutka, karlica taka, miała włosy w pięciu kolorach. Żółty, fiolet zieleń, róż i żółć jak te liście z drzewa. Suknie zieloną do kolan, trzewiki wysokie, każdy w innym odcieniu. Czerwony i żółty. Główkę małą, ale oczy olbrzymie i kapelusik krasny cały ze złota. 

 -Idziesz do szeptuchy, co? - odezwała się, głos miała cienki i chrapliwy. - Ja znam takich, pełno was tutaj. A teraz jak panuje zaraza to jeszcze częściej przychodzicie. Driakiew chcecie, ale nie od aptekarzy, lecz prawdziwą z zakazanym składnikiem. W sakiewce co ją skrywasz nie powiem gdzie masz złote monety. - Zachichotała wysuwając język w kolorze fioletu. - Myślisz, że tym przekupisz wiedźmę. A to nie takie proste. Choć tu do mnie. - Skinęła głową na wnętrze drzewa. - Odpoczniesz do jutra, przeczekasz noc. Dam ci schronienie i strawę, a i na spotkanie z wiedźmą przygotuje.

Powinienem był szykować się do ucieczki, oczy ze zdumienia przecierać, skąd ten skrzat leśny tyle o mnie wie, ale ja nic z tych rzeczy. Miast tego dobiłem targu.

- A  co chcesz kolorowa pani za te wszystkie przysługi? - pochyliłem się nad maleńką i spojrzałem jej prosto w oczy. Prawe zielone, lewe niebieskie, a na lewej rzęsie przysięgam trząsł się pajączek. Główkę miał identyczną jak i jego właścicielka i taki sam złoty kapelusik, i nóżki kolorowe. Jak mrugała pajączek podskakiwał wesoło. 

- W zamian zostawisz mi swój sznur wisielczy podbarwiony na czerwono co go trzymasz w kieszeni - odparła znów wysuwając język jak żmijka, a pajączek zeskoczył z rzęsy i zatupał nogami, żółtą, fioletową zieloną, różową i żółtą. Nieboskie to były stworzenia, ale nie wiedzieć czemu dałem się skusić. Weszliśmy do środka, znaczy do wielkiego drzewa.

Co było dalej? Jak na spowiedzi przyznaję, że nie pamiętam. Obudziłem się rano nie w drzewie, ale pod nim, a ono samo skarlało i zzieleniało, ani jednego kolorowego liścia, po kolorowym skrzacie ni śladu tak jak i po drzwiczkach i pająku, obszedłem pień kilka razy. W głowie świtała mi tylko jedna myśl. Czerwony wisielczy sznur. Obmacałem kieszeń. Zamiast sznura miałem pergamin. "Za nic panie nie wchodź do domu wiedźmy i przystań na jej formę zapłaty. Jak tego nie zrobisz nie dostaniesz mikstury i zaraza cię nie ominie ani twojej rodziny, a twoja najstarsza córka pierwsza zajdzie z tego świata". Aż mnie obległy dreszcze. Ruszyłem w dalszą drogę.

Brązowa chatynka jak z łupiny orzeszka, niewielka i coś jakby złotem w proszku posypana, dwa okienka jak oczy i strzecha niby końska grzywa, stała pośród drzew zacieniona i dziwnie spokojna. Znów obleciał mnie strach, ale już nie mogłem się wycofać. Pożałowałem wisielczego sznura, bo kto mnie teraz od złego spojrzenia czarownicy uchroni, pożałowałem, że skrzat mnie omamił, że nie posłuchałem Mięcimierza. Zły na siebie zapukałem do drzwi.

Cisza.

Znów zapukałem.

Cisza.

Jest tam kto? - zawołałem.  Coś się poruszyło, ale jakby w krzakach za mną. 

Obróciłem się, ale nic tam, a gdy znów się odwróciłem drzwi do chałupy były otwarte.

- Wchodźcie dobry człowieku! Mówicie co was do mnie sprowadza!- Słyszałem jeno głos, dalej nie widziałem żywego.

- Nie mogę wejść, nie zabiorę dużo czasu. Wyjdź proszę wiedźmo, mam dla ciebie złoto.

 - Ale czemu dobry człowieku nie zaszczycisz mnie swoim towarzystwem? Czy ja trędowata? - I ukazała się. Jakże byłem zdziwiony. Żadna tam baba stara, krościasta, z włosem i kurzajką, lecz dziewka krasnej urody, ponętna, młoda, aż mi dech zaparło. Rysy szlachetne, polik rumiany, włos długi złoty, dwa warkocze, oczy brązowe szkliste jak wino pitne, pierś pełna napięta jak życiowymi sokami wymoszczona, a między słodkimi jabłkami wiosior fioletowy. Suknia długa z satyny purpurowa. Pamiętam ja tę dobrze tę przeklętą postać.

Już miałem mówić, że wejdę, ale ten pergamin od kolorowego kurdupla z pajączkiem w rzęsie jakoby sam zaszeleścił w mojej kieszeni. Odmówiłam.

 - Nie mogę pani, nie mogę.

 - Czego zatem chcesz? Nie mam wiele czasu - odburknęła, musiałem ją moją odmową rozzłościć.

 -Driakiew, ale prawdziwą nie podrabianą.

- Mam tylko prawdziwą, człowieku - wysyczała. 

 - Zatem ile chcesz złota?

- Złoto nie wystarczy.

 I teraz jak mnie panie pytacie co się z moją córką stało to jak na spowiedzi odpowiadam.

"Daj mi córkę swoją", zażądała czarownica. Przyślij ją,a dostaniesz driakiew z ludzkim tłuszczem, jedyną prawdziwą, jedyną co działa. Wiem, że chciała tu z tobą przyjść, ale żeś na nią naskoczył. Niepotrzebnie. Musisz panie wiedzieć, że jak która będzie chciała zostać wiedźmą to i się nią stanie.

 I oddałem ja córkę pierworodną wiedźmie do lasu. Oddałem bo wolałem, żeby ona żywa była i my razem z nią. Lepsza ona jako wiedźma aniżeli trup. I dlatego panie ona miast żyć pobożnie i usłużnie w rodzinie, miast dziadki piastować mieszka w lesie, gada z drzewami, robi co jej dusza zapragnie, zmienia kochanków i maluje obrazy. Panie, jaki wstyd. Jaka niecnota!

 Ale drogi panie, ja właśnie w tej sprawie. W sprawie obrazów. Chciałem kupić. Chciałem zobaczyć, bo w okolicy wieść się niesie, że jak kto taki obraz kupi od wiedźmy, znaczy córki waszej to będzie miał szczęście. 

Co też pan mówi!?

Niech to pierdolenie (słownik etymologiczny języka polskiego)Was nie odwiedzie od meritum dzisiejszego posta, bajka ta dla dorosłych bardziej niż dla dzieci powstała na bazie ćwiczeń z zakresu szkicowania słowem, ale to co pod nią, o tam niżej, to właśnie temat przewodni dzisiejszego wpisu, znaczy

Sztuka w czasach zarazy

Rozpocznijmy zwiedzanie.

 

 


Kolorowany miedzioryt Paula Fürsta, Der Doctor Schnabel von Rom, ok. 1656 r. 

Gdybym nie wiedziała, a do niedawna nie wiedziałam (do czego nie powinnam się przyznawać, ale przyznaję) "doktora dżumę" wzięłabym za postać z jakiegoś współczesnego horroru. Tymczasem to oryginalny strój średniowiecznego lekarza. Wynalazcą maski był prawdopodobnie Charles de Lorme, jeden z medyków z dworu Henryka IV, Ludwika XIII oraz Ludwika XIV. Obserwując świat zwierząt zauważył, że ptaki nie chorują na dżumę i sam już ich wizerunek ochroni przed zarazą, ale to nie wszystko. Długi dziób wypełniony był wonnymi olejkami i ziołami. Pachnidła miały dwa zadania. Tłumić fetor zwłok i bronić przed infekcją. 

"Nos ma długość jednej stopy, jest uformowany w kształcie ptasiego dzioba i wypełniony pachnidłami. Dwie  małe dziurki znajdują się jedynie w okolicy nozdrzy. Oddychając, wdychamy zapach ziół, które filtrują powietrze. Nosimy także buty z marokańskiej, koziej skóry. Z tej samej skóry zrobione są nasze kapelusze i rękawice" - opisywał sam de Lorme.

Ówcześni medycy nosili długie, skórzane palta i długie, drewniane pałki, którymi dotykali chorych, by postawić diagnozę. Dbali o to, by nawet  najmniejszy skrawek ciała nie pozostał odkryty. Więcej na temat doktora plagi możecie przeczytać tutaj

 

Sztuka w czasach zarazy

Trąd w La Franceschina, powstał około roki 1474, artysta nieznany Święty Franciszek wraz z innymi leczy ofiary trądu.

Sztuka w czasach zarazy

Święty Sebastian wstawiający się u Boga za ludzi dotkniętych zarazą. Obraz pędzla Josse Lieferinxe. 

Arnold Böcklin, Plague, w języku polskim "Dżuma" 1898, Kunstmuseum Basel 

Zatrzymajmy się na chwilę. Na obrazie powyżej widzimy obrzydliwą, wychudzoną postać w czarnej sukni. Osobliwość leci na dziwacznym stworze – połączenie nietoperza ze strusiem i niewinnie macha zwisającymi nogami, w łapskach dzierży swój atrybut zakrzywioną kosę. Do tego wyziewa śmiertelny odór, od którego padają przerażeni mieszkańcy miasta. 

Śmierć została tutaj wyeksponowana w perspektywie ciasnej kamiennej uliczki, na tle jasnego dymu, co uwypukla jej straszliwy wizerunek. Kostucha leci na nas wprost, prawie dosięga nas kosą, nie mieści się ramach. Moim zdaniem fenomenalny wizerunek wściekłej i bezwzględnej Moreny. Więcej na temat działa i samego artysty, który wręcz wyspecjalizował się w sztuce Vanitas możecie przeczytać tutaj

 

Triumf Śmierci Petera Breughela Starszego pokazujący pacyfikację Niderlandów.

Taniec śmierci

"Taniec Śmierci", Danse macabre, kościół bernardynów p.w. św. Bernarda ze Sieny w Krakowie, 4. ćwierć XVII wieku.

Taniec śmierci

taneczna plaga

Ryt Hendrika Hondiusa przedstawiający trzy kobiety dotknięte plagą taneczną.

Praca bazuje na oryginalnym rysunku Pietera Bruegela, który rzekomo był naocznym świadkiem kolejnego wybuchu plagi w roku 1564 we Flandrii.

Trudno w to uwierzyć, ale w dziejach ludzkości miała miejsce plaga zgoła innego rodzaju niż pozostałe. Plaga taneczna.

Wybuch jej miał nastąpić w lipcu 1518 roku, kiedy to Frau Troffea zaczęła tańczyć na jednej z ulic Strasburga. Taniec trwał od czterech do sześciu dni. Po tygodniu do tańczącej  dołączyły kolejne 34 osoby, zaś po miesiącu na ulicach miasta tańczyło około 400 osób. Niektóre z tych osób zmarły z różnych przyczyn. Najczęstszymi powodami były udar mózgu, atak serc czy wycieńczenie organizmu.

Dokumenty historyczne jednoznacznie wskazują, że to wydarzenie rzeczywiście miało miejsce, jednak brak jest jednoznacznych dowodów na to, dlaczego ludzie tańczyli, w tym do upadłego. Nie można mówić o drgawkach czy konwulsjach ponieważ tańczący „zachowywali się jak w transie", ich ręce i nogi wykonywały ruchy jakby taniec miał być celowy. Jest za to kilka teorii, jedna z nich wskazuje na zatrucie sporyszem, czyli przetrwalnikiem grzyba rozwijającego się na kłosach dojrzewającego żyta. Zatrucie sporyszem powoduje halucynacje, skurcze i drgawki, a nawet śmierć. Zatrucie takie dotykało przede wszystkim najbiedniejszych, żywiących się zbożem najgorszej jakości. Według Dr Wallera nie było to jednak zatrucie, ponieważ tańczący nie wytrzymaliby tyle dni w ruchu. Według amerykańskiego historyka była to zbiorowa histeria, na którą złożyły się trzy czynniki: przewlekły stres spowodowany nędzą i głodem, lęk przed śmiercią z powodu plag  (syfilisu, ospy i trądu), a także głęboka wiara w taneczną klątwę, którą święty Wit rzucał na grzeszników.

Więcej o tanecznej pladze możecie przeczytać tutaj i tutaj.

 

Egon Schiele ,Rodzina' 1918 r.

A oto i jeden z najbardziej przejmujących obrazów dzisiejszej listy.

XX wiek przyniósł dwie wojny światowe, Holokaust, niewyobrażalne okrucieństwa i hiszpańską grypę. Przerażająca skala tej pandemii jest trudna do zrozumienia. Wirus zainfekował 500 milionów ludzi na całym świecie i zabił około 100 milionów ofiar. Dla porównania to więcej niż wszyscy żołnierze i cywile zabici podczas I wojny światowej łącznie.

Egon Schiele był jednym z wielkich artystów, którzy zmarli z tego powodu. Obraz "Rodzina" był niedokończony w chwili śmierci Schiele i początkowo nosił tytuł Squatting Couple, w dosłownym tłumaczeniu "Kucająca para". To był jeden z ostatnich prac artysty. Widzimy tu samego Schiele z żoną Edith i ich nienarodzonym dzieckiem. W swoim ostatnim liście opisał swoją troskę o stan zdrowia żony „Droga matko Schiele, Edith dostała hiszpańską grypę osiem dni temu i ma zapalenie płuc. Jest w szóstym miesiącu ciąży. Choroba jest bardzo poważna i zagraża życiu. Przygotowuję się na najgorsze. „

Edith zmarła na hiszpańską grypę w 6 miesiącu ciąży. Egon trzy dni później.

 

Układ scalony sztuka w czasach zarazy

Roman Green Kędzierski Układ scalony 2020 r.

Na koniec obraz współczesny i na miarę naszych czasów, naszej pandemii.

Więcej o tym dziele pisałam tutaj

 

Źródła zdjęć wiedzy i pomysłów:

https://niezlasztuka.net/o-sztuce/magiczne-amulety-w-sztuce/

https://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Imiona_staro-polskie

https://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Imiona_staro-polskie

 http://sztukawkawalkach.pl/dziela/dwie-wizje-smierci-arnolda-bocklina/

https://www.dailyartmagazine.com/plague-in-art-10-paintings-coronavirus/

 https://commons.wikimedia.org/

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Color I Color II Color III Color IV Color V Color VI